zaloguj się   |   załóż konto   |   mapa strony   |

Pielgrzymka marzeń

„To była pielgrzymka marzeń” – tak mówili niepełnosprawni pielgrzymi po powrocie z Lourdes. Po powrocie, dlatego, że wielu z nich nawet kilka dni przed wyjazdem nie dowierzało, że spełnia się marzenie ich całego życia.
7 września wcześnie rano wyjechaliśmy spod kościoła Opatrzności Bożej. Jest to miejsce szczególne, bowiem już od pięciu lat spotykamy się tu na Mszy Świętej raz w miesiącu, to stąd wyjeżdżaliśmy na rekolekcje, wycieczki, turnusy wakacyjne. I tak sobie myślę czasami, że może dlatego tak dobrze kończą się nasze wyjazdy, bo Opatrzność Boża znając już nas „z widzenia” wie, że jesteśmy „specjalnej troski” i trzeba nad nami specjalnie czuwać. Przez całe 12 dni pielgrzymki czuliśmy niemal namacalnie, że Ktoś nas prowadzi. Wszystko szło idealnie, program realizowaliśmy bez opóźnień, atmosfera w grupie była wspaniała, pogoda w sam raz, jedzenie smaczne, wygodne hotele, nikt nie zachorował, a przecież na tak długiej trasie (5600 km) wszystko może się zdarzyć.
Pierwszego dnia niewiele się działo, zwiedziliśmy jedynie po drodze sanktuarium w Bardo Śląskim, gdzie odprawiona została msza św. o szczęśliwą podróż. Po noclegu w Czechach dotarliśmy do Bawarii. Krótki pobyt w Marktl Am In – miasteczku, w którym urodził się papież Benedykt XVI, a następnie przyjazd do największego niemieckiego sanktuarium – Altötting. Wszędzie odczuwało się gorączkę przygotowań przed mającą się odbyć za dwa dni wizytą papieża w rodzinnych stronach. Choć bardzo byśmy chcieli, to nie mogliśmy czekać, bo na nas czekały kolejne dni pełne wrażeń. Niektóre z tych wrażeń przyprawiały pielgrzymów o dreszcze, zwłaszcza 14 kilometrowy podjazd do La Salette. Spoglądając w przepaść tuż obok drogi, niektórzy modlili się jeszcze żarliwiej niż wcześniej. Dotarliśmy oczywiście szczęśliwie, a przepiękne alpejskie widoki zrekompensowały wcześniejsze obawy. Przepiękne miejsce wybrała Matka Boża Saletyńska, aby ludziom przekazać swoje orędzie. Zanim dotarliśmy do Lourdes zwiedziliśmy dwa wspaniałe, historyczne miasta: Avignon i Carcassonne. Wrażeń przybywało z dnia na dzień i jak w dobrym filmie w atmosfera rosła, aby osiągnąć apogeum: piątego dnia pielgrzymki wieczorem (a był to wtorek)minęliśmy tablicę z długo wyczekiwanym napisem „Lourdes”. Świadomość, że miniemy ją w drodze powrotnej dopiero w sobotę uspokajała, że po raz pierwszy nie trzeba się będzie nigdzie spieszyć, że będzie można się „nacieszyć” tym miejscem, spokojnie pozwiedzać, ale przede wszystkim pomodlić. Tak też było. Poznawaliśmy sanktuarium najpierw wspólnie, by potem samemu wrócić do tych miejsc. I choć teren jest ogromny, a miejsc do ukrycia się mnóstwo, to i tak najczęściej spotykaliśmy się przy massabielskiej grocie. W milczeniu, z różańcem w ręku, kojeni delikatnym szumem rzeki wpatrywaliśmy się w Piękną Panią. Każdy wiedział, że to tylko rzeźba, ale każdy też wiedział, że właśnie tam Ona stała, gdy mówiła Bernadetce: „jestem Niepokalane Poczęcie” . „Stała” to czas przeszły, a my byliśmy pewni, że wciąż tu jest, że uśmiecha się do nas jak wtedy, że prosi o odmawianie różańca, jak wtedy, i że spełni nasze prośby, jak wtedy.
Co pozostanie w pamięci uczestników? Msza św. po polsku w grocie, wielojęzyczna Msza międzynarodowa w Bazylice św. Piusa X , kąpiele w basenach z cudowną wodą, procesja światła w strugach deszczu, Droga Krzyżowa, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem po procesji eucharystycznej, ogrom cierpienia i tysiące wózków inwalidzkich, niesamowita gościnność w Cite St.Pierre, gdzie nocowaliśmy, a może zupełnie coś innego?  A może wszystko to razem stopi się w jedno wspaniałe wspomnienie, porównywalne jedynie do przeżyć apostołów na Górze Tabor: „Panie dobrze nam tam być”. Nam dobrze było w Lourdes, bo to miejsce stworzone jest dla niepełnosprawnych, jest ich niepisaną stolicą, miastem, a wręcz domem, w którym nie tylko czują się jak u siebie, ale są u siebie. Tam nikt nie ogląda się za wózkiem inwalidzkim, tam u nikogo nie robi wrażenia żadna deformacja ciała, nie dziwi brak którejś kończyny, tam nie ma podziałów na mniej lub bardziej sprawnych, tam nie ma barier, nie tylko tych architektonicznych. Szkoda, że Lourdes jest bardzo daleko.
W sobotę rano wyruszyliśmy w drogę powrotną, ale nie spieszyło nam się do Polski, bo mieliśmy zarezerwowane dwa noclegi w Nicei na Promenadzie Anglików. Nasz hotel nie wyglądał co prawda jak Hotel Negresco, ale my też póki co nie wyglądaliśmy na milionerów. „Ta ostatnia niedziela” będzie nam się kojarzyć ze spacerem po Nicei, zwiedzaniem Księstwa Monaco i wspólnym zdjęciem na słynnych schodach Pałacu Festiwalowego w Cannes. Nie wiemy dlaczego ktoś zwinął nie mniej słynny czerwony dywan, ale na szczęście nikt nam nie zabrał złotego piasku na plaży. Jak też nikt nie zabierze nam wspomnień.


Ks. Piotr Kosmala  (7.09.2007 r.)

drukuj