zaloguj się   |   załóż konto   |   mapa strony   |

Opowiadania Paweł Nawrocki

ACR, 7.VI; łódź, 8/9, 14, 15, 17/18.XI.1993.

BRAMA. /Wdowi grosz/.

W półmroku uśpionych korytarzy ktoś od niechcenia trącał struny gitary. Gdzieś, z oddali dobiegał cichy dźwięk fletu. Ktoś inny sennym głosem nucił rozbrzmiewające jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej piosenki Kaczmarskiego, Gintrowskiego, ... . Stłoczeni na ławkach, krzesłach, na podłodze, odpływali w senną ułudę poowijani w śpiwory i koce strajkowicze.
Za oknami uczelnianego gmachu powoli milkł uliczny zgiełk samochodów i tramwajów. Ostatni, zabłąkani przechodnie podążali do swych domów.
Przy uniwersyteckiej bramie rozsiedli się studenci pełniący nocny dyżur. Pomimo późnej pory panował tu podniosły, nieco egzaltowany nastrój. Rozmawiano o osobach prowadzących głodówkę, dyskutowano podjęte ostatnio decyzje Krajówki, ktoś opowiadał o swoich wrażeniach z ulicznej kwesty, o ilości zebranych złotówek, dolarów, marek, o hojności najróżniejszych instytucji. Jednak największe ożywienie wywołało wspomnienie o pewnej staruszce - emerytce regularnie, każdego ranka przychodzącej pod bramę Uniwersytetu z kostką masła, czasem z bochenkiem chleba lub kilkoma bułkami. Codziennie wyskubywała z portmonetki cząstkę swej zbyt niskiej emerytury, by - jak mawiała - pomóc biednym, strajkującym studentom. Za każdym też razem spoglądała przepraszającym wzrokiem i dodawała:
- Wiem, że to niewiele, ale to wszystko, na co mnie stać. Niech wam pójdzie na zdrowie, dzieci.



26,27.II.1993r.

ZEGAREK

Szedłem główną ulicą miasta. Mijałem rozświetlane promieniami słońca witryny ekskluzywnych sklepów, ludzi spieszących w obie tylko znanym kierunku. Na poboczach raz po raz zatrzymywały się bardziej lub mniej eleganckie samochody.
Przystanąłem koło kiosku z kasetami. Z kąta między kioskiem a ścianą jednego ze sklepów przyglądała mi się z zaciekawieniem skromnie ubrana dziewczynka o lekko usmolonej twarzy. Po chwili nieśmiało podeszła do mnie i spytała:

- Przepraszam pana, która jest godzina ?
Odchyliłem rękaw kurtki i pokazałem jej zegarek.
- Ale ja jeszcze nie znam się na zegarku.
- Jest za dwadzieścia pięć druga - odpowiedziałem, starając się tym samym naprawić nieco niezręczną sytuację. Dziewczynka podziękowała, jednak nadal nie ruszyła się z miejsca. Po chwili, spuściwszy głowę wyszeptała niemal niesłyszalnym głosikiem:
- Niech pan mi da na bułkę.



9/10, 15.XII.2002, 3.I.2003

Zawiłości ludzkiej natury

Podczas pobytu w szpitalu odwiedził mnie kolega z Duszpasterstwa Akademickiego, człowiek zaangażowany w jednej ze wspólnot ewangelizacyjnych. Staliśmy na tarasie przy wejściu do kliniki, roztrząsając zawiłości ludzkiej natury. Wśród mijających nas osób dostrzegłem znajomą twarz współtowarzysza licealnej „niedoli”. Ubrany niechlujnie, szedł troszkę niepewnym krokiem. Spojrzenie miał wyraźnie zmącone nadmiarem spożytych napojów wyskokowych. Wymieniliśmy przelotne pozdrowienie i uścisk dłoni.
- Kolega z liceum. Bardzo porządny człowiek – wyjaśniłem nieco zdezorientowanemu współrozmówcy. – Niestety, od kilku lat pije.

- A ma rodzinę ? – zapytał mój interlokutor.
- Z tego, co wiem, nie.
- To dobrze. Przynajmniej nie unieszczęśliwi innych.

Zamilkłem, zaskoczony jego – mówiąc delikatnie – dość uproszczonym spojrzeniem na świat. No bo gdyby ów mój kompan ze szkolnej ławy, którego, jak wspomniałem, znam jako człowieka zacnego i porządnego, miał jednak rodzinę, to – być może – nie zajrzałby do butelki ? Może zabrakło mu kogoś pokładającego w nim zaufanie, nadzieję. Rodzina, dom, dzieci, codzienne problemy najczęściej pomagają człowiekowi dojrzewać, uczą odpowiedzialności, jeśli ktoś nie dorósł do niej wcześniej. A może i teraz brak mu kogoś, kto życiową mądrością i ciepłem dłoni wydźwignąłby go z samoupodlenia, kto odkryłby w nim głębię człowieczeństwa, tchnienie Bożej Miłości ?
Niekiedy – na czym również siebie łapię – w niewzruszoności naszych przekonań, zbyt łatwo spisujemy ludzi na straty, nie próbując zrozumieć i odnaleźć być może ostatniej, bardzo wątłej nitki łączącej ich jeszcze z akceptowalnym przez nas światem wartości.



Ecce Homo

Brzęk szkła mieszał się z odgłosem zbieranych naczyń i sztućców. Pielęgniarki w pośpiechu roznosiły leki, wykonywały ostatnie poranne zabiegi poprzedzające porę odwiedzin.
Za drzwiami izolatki leżał mężczyzna od kilku tygodni podłączony do urządzeń podtrzymujących życie. Charczący, niespokojny oddech i odór pobrudzonej pościeli potęgowały atmosferę osamotnienia. Zarośnięta twarz naznaczona była grymasem bólu.
Narastał gwar radosnych powitań. Szpitalne sale wypełniały się ożywionymi rozmowami, śmiechem, zapachem kwiatów i świeżych owoców. Stojąca przy oknie kobieta ocierała łzy, roześmiany chłopiec beztrosko biegał po korytarzu, zaglądając z zaciekawieniem do kolejnych sal.
Ludzie przechodzący obok uchylonych drzwi izolatki spoglądali na leżącego w niej człowieka z obrzydzeniem lub politowaniem. Pod wieczór, gdy ostatni odwiedzający opuścili już szpital, ktoś dostrzegł nad łóżkiem chorego wykaligrafowany na tekturce napis: "Ecce Homo".


24.III, 26/27, 28.IV.1993.

"Duch Święty"

Słońce chyliło się ku zachodowi. W powietrzu unosiły się jeszcze opary mijającego, upalnego dnia. Kościół Pojednania rozbrzmiewał śpiewem kanonów. Po wieczornej modlitwie wiele osób pozostało, by w skupieniu oddawać się wspólnej, nocnej medytacji.
Klęczałem przed Ikoną Krzyża. Dookoła Niej, zza czerwonych kloszy rozlewał się ciepły, rozedrgany blask palących się świeczek. Zamknąłem oczy. Próbowałem skupić swoją uwagę na modlitwie, jednak moje myśli uporczywie i niespokojnie kluczyły wśród wydarzeń minionego dnia. Po pewnym czasie, ze zrezygnowaniem pomyślałem: "Panie, nie potrafię się modlić; jestem zmęczony, tak bardzo zmęczony po długim, upalnym dniu; jest tak duszno; niechaj te słowa, zmęczenie i pokora będą moją modlitwą".
Zza kościelnego przedsionka, z mroku zapadającej nocy nadleciał leciutki, kojący zefirek. Odetchnąłem z ulgą:
-Dziękuję Ci Panie.


Paweł Nawrocki

drukuj