zaloguj się   |   załóż konto   |   mapa strony   |

Kościół ubogi

II/III.1997

W powszednim zagonieniu, pędzie za czymś, co nieosiągalne lub co jest w zasięgu naszych możliwości choć sami o tym nie wiemy, coraz trudniej odnaleźć Boga, spotkać Go w codziennym życiu, w kościele, na modlitewnym skupieniu. Jedni poszukują Go w świątynnym bogactwie barokowych zdobień, powadze dostojnych fresków, gmatwaninie barwnych witraży, wśród monumentalnych rzeźb i malowideł przedstawiających wizerunki świętych. Inni szukają Jego obecności w kontemplacji prostoty, ciszy, spokoju, w zadumie nad tym, co przynosi każdy dzień, każda chwila naszego życia. Często, w natłoku spraw drugorzędnych, umyka to, co najważniejsze, nie postrzegane, a gdy dostrzeżone, nagle jawiące się nam jako coś niezwykle pięknego, przyciągającego siłą swej prostoty, głębi. Asyż wita pielgrzymów przepychem, okazałością budowli nie pasujących do ideałów głoszonych przez św. Franciszka. Wszystkie pamiątki - kapliczki, grobowce, przedmioty pozostałe po św. Franciszku i św. Klarze - przepojone są ubóstwem, nad nimi zaś wznoszą się wielkie, wykwintne nadbudowy z zupełnie innej bajki. Zapodziało się gdzieś franciszkowe zadziwienie rzeczami najprostszymi tak charakterystyczne chociażby dla Taize, z jego cichością, skromnością, kontaktem z ludźmi i z naturą. Tu poszukujemy wewnętrznego spokoju, kontemplacji tego co zwyczajne: zatrzymania się przed pniem zwalonego drzewa, zapatrzenia w pozornie bezładną gęstwinę splecionych ze sobą bądź delikatnie muskających się gałęzi (zabarwionych jesienią, bielących się w słonecznej poświacie zimy, czasem nagich, ostro rozdzierających błękit nieba w bezśnieżne dni bądź tryskających radosną zielenią wiosny i lata), spokoju zatrzymanych w czasie form, przedmiotów dostojnie odchodzących w niebyt ale trwających jednocześnie w naszej pamięci jako coś niezmiennego, ciągłego: dostojnie walące się, spróchniałe taizeańskie płotki, ławki z bezładnie powalonych pni drzew, przypadkowo rzucony przez naturę, omszały kamień. Poprzez nierozpraszającą myśli i uczuć kontemplację niezmienności, bezruchu otaczającego nas świata, przez zasłuchanie w ludzką radość, w śpiew ptaków, szum drzew, traw i kwiatów, nawiązujemy modlitewną komunię z Panem tego świata.
Zapatrujemy się w ascetyczne twarze świętych z bizantyjskich ikon, dotykamy brzegów obrazu chcąc w ten sposób nawiązać bliższy, emocjonalny kontakt z Bogiem, powierzyć Mu swoje radości i cierpienia.
Podczas wędrówki, pielgrzymki przez życie, odnajdujemy Boga w przydrożnym Krzyżu pochyłym ze starości i od trosk modlących się doń podróżnych. Pośród górskich zboczy Bóg jawi się nam w swej dostojnej potędze, wielkości wywołującej lęk ale i zapraszającej do doświadczenia Jego siły i wyrozumiałości dla naszych wad, niedociągnięć, słabości, dla naszych wątpliwości. Odnajdujemy Go w każdym napotkanym człowieku pełnym pokory i respektu wobec nieuchronności bożych planów.
Spotykamy Boga w modlitewnym skupieniu maleńkich, wiejskich kościółków, w ciszy przerywanej jedynie szeptem staruszek klepiących pacierze, wśród promieni słońca odbijających się radośnie w twarzyczkach aniołków wyrzeźbionych niewprawną ręką artysty-samouka, w półmroku nawy, w której Jezus - przycupnąwszy w kąciku i wsparłszy głowę na dłoni - zafrasowany wsłuchuje się w słowa najprostszej modlitwy.
Stąd niekiedy duchowa wyższość Kościoła - jak napisał ks. Jan Twardowski - "ubogiego", "nieśmiałego", "Bożego", "... w głodującej Afryce z dziewczynką do pierwszej Komunii w cerowanej sukience ...", Kościoła pokornego, "... z tacą na której ktoś guzik położył ...". I czasem chciałoby się westchnąć za ks. Twardowskim: "... różne są serca kraje gałgany ścierki szkarłaty zgubił się Jezus na dobre w Kościele bogatym".

Autor: Paweł M.Nawrocki
Źródło: Gazeta Akademicka

drukuj